Miał Hiu straszny sen. Śniło się Hiu, że się obudził jako Donald. Miał jednak choć tyle szczęścia, że jako Premier a nie Kaczor. Jak wiadomo być Donaldem i jeszcze Kaczorem to najgorsza możliwa kumulacja. Tfu, tfu, tfu!!!!!

Zatem wstał ten Donald Premier, co się Hiu przyśniło, że nim był, z jakimś takim dziwnym uczuciem. Coś jakby go ssało, gniotło albo nawet kłuło. „Żołądek? Sumienie?” pytał się w myślach. Zaraz jednak uspokoił się przypominając sobie, że przecież nie ma sumienia.

Pomyślał, ze trzeba coś na to ssanie w żołądku poradzić, wzuł papucie naprędce i popędził swoim odwiecznym zwyczajem do pobliskiej „Biedroneczki” co jest w kropeczki i to chwali sobie… Pobiegał dziarsko między pułkami, wziął fajki na nerwy sterane i trzy piwa wzorem naszych znamienitych futbolowych reprezentantów. Pomyślał też o bułce dla córy, rzecz jasna paryskiej a dla syna wypatrzył fajoską grę planszową „Mały kontroler lotów”. Ucieszy się chłopak jak nic.

Z tym wszystkim stanął karnie do kasy. Gdy przyszła wreszcie jego kolej, kasjerka, miast gapić się w koszyk i nabijać jak należy, popatrzyła mu wnikliwie w oczy.

- Pan od „pancernej brzozy”, „bomby termobarycznej” czy „debeściaków”?- zapytała bez ceregieli.

Donald Premier nie wiedział tak od razu. Chciał to przemyśleć a nawet gorąco namawiać kolegów by i oni przemyśleli… No ale ta tutaj się gapi i coraz groźniej wygląda. Na szczęście z pomocą przyszła mu taka szklana gablotka, wisząca nieopodal, w której trzymano droższe nieco rodzaje o de parfum i bardziej ekskluzywny papier toaletowy. Taki trzywarstwowy. Widząc swe szlachetne odbicie Donald Premier od razu wiedział.

- Ja od „debeściaków”! – wyjaśnił pewnym głosem.

Ale nie trafił. Kasjerka poczerwieniała na twarzy niczym Dolores Ibarruri w miłosnym uniesieniu z Walterem co się kulom nie kłaniał z wzajemnością. Pokazała też kasjerka od razu palcem taką stojącą nieopodal drewnianą budkę, z której się dymiło.

- Dla „debeściaków” tam dają śmierdzące kiełbaski w suchej bułce – powiedziała zapiekle jakby wręcz chciała naśladować afgański akcent.

Donald Premier posmutniał. Nie gustował w śmierdzących kiełbaskach. Oczywiście zjadłby i gorsze gówno gdyby Naród zażądał ale teraz Naród siedział cicho. I nie żądał.

Wyszedł Donald Premier z „Biedroneczki” z pustymi rękami i rozejrzał się. Myślał początkowo głównie o tych fajkach i bułce paryskiej ale szybko głowę zaczęło mu zaprzątać co innego. Obok Donalda Premiera jakieś służby mundurowe ciągnęły człowieka zachęcając go do bardziej owocnej współpracy konkretnym „nie szarp się talibie j****y”. Talib zaś płakał i tłumaczył, że on tylko po mleko i serdelki wieprzowe dla dziecka… Na kiosku pobliskim zobaczył Donald Premier kartkę z napisem „Obsługujemy tylko Patriotów” a na najbliższej kamienicy gustowną tabliczkę „Gabinety. Wariatów ze Pskowa leczymy szybko i bezboleśnie”. A sklep zoologiczny reklamował „Lemingi oswojone i posłuszne” oraz robactwo do karmienia tychże. Z buskotusu, co właśnie nadjechał, prowadzony przez gościa, co przypominał Donaldowi Premierowi jednego ze znanych mu osobiście serialowych amantów, przednimi drzwiami wykopano kilku kiboli zaś dla równowagi tylnymi adekwatną liczbę młodych i wykształconych. Ci ostatni podkreślali swe klasyczne wykształcenie przepiękną, łacińską deklinacją słówka „krzywa”. Wtedy to właśnie w głowie Donalda Premiera urodziło się dramatyczne pytanie.

- Co z tą Polską?! – zakrzyknął w duchu i aż mu się oblicze bezwiednie w taki lisi pyszczek ułożyło a pod czaszką coś zatelepało donośnie. I sam sobie odpowiedział widząc ten Naród podzielony. Na tych od „pancernej brzozy”, od „termobarycznej bomby”, „mgły” i debeściaków”… I uznał, że coś trzeba robić. Bo wiedział, że jakąś cześć winy za to i on ponosi. I te 0,0005 promila winy, która obciążała jego konto postanowił Polakom zrekompensować. Niedługo myślał jak.

- Pomnik postawię! – zdecydował i od razu głowić się zaczął mocno czemu nikt, ale to nikt na to proste rozwiązanie nie wpadł, nie mówiąc już by je zrealizował.

Zerwał się skoro świt, zabrał taczkę oraz szpadel po tacie i ruszył wznosić. Początkowo sypał kopiec stosowny bo słusznie uznał, że bez tego pomnika widać nie będzie. A jak widać nie będzie to i cały wysiłek na nic. Przechodnie nie dziwili się zbytnio widząc jak tę ziemię na kopiec wozi. Sądzili po prostu, że kolejny Stadion Narodowy wznosi. Cóż dziwnego. Naród podzielony to i jeden Stadion Narodowy nie starczy. Wreszcie usypał, udeptał, uklepał i chwycił taki wielki kamulec, co go miał zamiar jako podwaliny dla monumentu użyć. Namęczył się i napocił ale kamulec na kopiec wtoczył. Radośnie popędził w dół, po kielnię, poziomicę i worek cementu portlandzkiego. I szedł właśnie z powrotem gdy ku jego zaskoczeniu wniesiony kawał granitu stoczył się mu do stóp. Westchnął, warknął krótkie przekleństwo pod adresem tego debila, który nieumiejętnie fundament ułożył i zabrał się ponownie za wtaczanie. Znów kosztowało go to sporo wysiłku ale kamień spoczął na swoim miejscu. Upewnił się Donald Premier, że tym razem granit trzyma się mocno i popędził po narzędzia. Ale nawet nie zdążył jeszcze do nich dobiec gdy toczący się w dół głaz mijał go bez wysiłku.

Tym razem Donald Premier nie zmęczył się zbytnio bo złość i gniew dodawał mu nie tylko sił ale wręcz skrzydeł. Jak jego kuzynowi Kairowi lubującemu się w szybowaniu słonecznymi dniami. Kamień szybko znalazł się na szczycie a Donald Premier wnikliwie zbadał tak zwane „Krajm scene” (zna się te języki…). Ujrzał natychmiast dziwny krzak, którego przecież nie sadził. Nie mógł też rozsiać go przypadkiem bo miał na sobie spodenki, w których tylko po murawie biegał. I jeśli mogła się pojawić jaka samosiejka to trawa jedynie.

Miał rację Donald Premier. Jak się dobrze przyjrzał, ujrzał, że to nie krzak żaden lecz Jarosław co to go przedstawiać nikomu nie trzeba. Jedni jak go widzą krzyczą „Zbawca!” a inni „O Boże!”. Jarosław, inaczej niż Donald Premier, żadnej przemiany nie przeżył. Byli co prawda tacy, którzy kiedyś twierdzili co innego i zarzekali się nawet, iż przy nich na moment twarz mu się w lisi pyszczek ułożyła ale nikt im nie wierzył. A i oni też przestali a teraz objeżdżają Polskę wszerz i wzdłuż a jak po drodze jaką telewizję wypatrzą to pędzą tam by objaśniać ze szczegółami tę swoją pomyłkę. Tak wiec Jarosław nie zmienił się ani o jotę i nie miał najmniejszego zamiaru zmazać tych swoich 87,436% winy. Tylko jątrzył gdzie się da. W kinie, w Lublinie, w metrze i w swetrze. A teraz tu się pojawił. I jak tylko Donald Premier kamień kładł, on go tak zgrabnie i umiejętnie skopywał. Bo co jak co ale burzyć umiał jak nikt inny.

Donald wiedział, że nie ma co przekonywać. I to jeszcze wiedział, że żarty się skończyły. Dotąd tak trochę żartem o tym pomniku i o tym Narodzie myślał. Ale nie teraz! Nie mógł pozwolić by Jarosław tryumfował. Bo spróbuj mu człowieku dać choć palec a zaraz weźmie cię całego! A za nim przyjdzie jego brat – głód i też cię weźmie a po nim siostra jego wojna i też weźmie. I będą przychodzić takie różne indywidua i brać cię z tej i tamtej. I stanie mąż przeciw mężowi, brat przeciw bratu… to nie ta bajka? Okej.

Tak więc zawziął się Donald Premier nie mniej, niż zawziął się wcześniej Jarosław. I co tamten skopał, Donald na nowo przynosił. I tak to trwa i trwa do dziś. I przez to ten Naród podzielony zjednoczyć się nie może.

Górale najstarsi powiadają, że cała nadzieja w tych rycerzach, co to we Giewoncie śpią zaklęci. Że jak się kiedy, choć na chwilę obudzą, przyjdą i komu trzeba tak do rzyci nakopią, że od razu mu rozum wskoczy na to miejsce, które Bóg dla rozumu upatrzył.